Norwegia

W czerwcu 2008 wybralismy się na tydzień do Norwegii. Towarzyszyła nam Jurka mama i jej koleżanka Ewa.

Wieczorem 13 czerwca wyruszyliśmy promem z Gdańska. Nastepnego dnia koło 13:00 byliśmy w Sztokholmie. Przez kilka godzin zwiedzaliśmy stolicę Szwecji.

Pierwszym naszym punktem programu w Norwegii miało być miasto Røros. Jednak ze względu na lepsze drogi i większą dopuszczalną prędkość na drodze zdecydowaliśmy się dotrzeć tam przejeżdżając przez Szwecję. W Norwegii ograniczenie prędkości to 80km/h, co wydaje się uzasadnione biorąc pod uwagę jak kręte i wąskie są tam drogi. Droga przez Szwecję mimo że długa okazuje się bardzo malownicza. Zdumiewające jest to, że jest tam po prostu pusto. Mijane miasteczka, których mijalismy niewiele) wydają się wymarłe. Po drodze z rzadka mijają nas inne samochody.  Za to mielismy spotkanie z łosicą (panią łosiową w sensie) chyba ze dwa razy. Do Røros dojechaliśmy koło północy. Mimo że było prawie widno (ciemno robiło się może na 2 godziny, a i to nie była prawdziwa ciemność), nie udało nam się znaleźć żadnego noclegu, w którym ktoś by czuwał i czekał na zmęczonych turystów. Dlatego spędziliśmy tę noc w namiocie (Jurka mama i Ewa w samochodzie). Nie polecamy namiotów w Norwegii w czerwcu – strasznie zmarzliśmy:)
Od rana zwiedzamy Røros. Jest to byłe miasteczko górnicze, które w 1980 r. zostało  wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W latach 1644 do 1972 r. było ono centrum wydobycia miedzi. Poeta norweski Johann Falkberget określił Roros ” a place of whispering history” i rzeczywiście czasem odnosi się wrażenie, że miejsce to od dawna nic się nie zmieniło. Godne polecenia są szczególnie dwie główne ulice Starego Miasta – Kjerkgata z koścołem luterańskim i Bergmannsgata.

Wspomniany kościół jest ponoć jednym największych kościołów z 1640 miejscami siedzącymi. Ale jak się przyjechało z Polski, jego wielkość jakoś nie robi wrażenia… Za kościołem na górce położony jest cmentarz. Tuż przy rzece znajduje się drewniany budynek muzeum zrekonstruowany w 1988 r. oraz tzw. Malmplassen – duża otwarta przestrzeń służąca niegdyś do wyładowywania złoża i ważenia go na wielkiej drewnianej wadze. Po drugiej stronie rzeki Hyttelvy warto wdrapać się na hałdy rud miedzi (slegghaugan), z których są ładne widoki na całe miasto. Szczególnie miłe wrażenie robią zabytkowe drewniane domki, niektóre z dachami pokrytymi trawą. Były to domy górników.

zabytkowe domy górników

Po zwiedzeniu Roros kierujemy się w stronę Andalsnes (przez Tynset i Dombas). Po drodze zatrzymujemy się przy punkcie widokowym na ośnieżone szczyty i przy wodospadzie Slettafossen w dolinie Raumy (35 km od Andalsnes).

Od Wodospadu do Andalsnes droga jest bardzo malownicza. Jedzie się doliną rzeki okoloną wysokimi skałami, z których co chwila spływają wodospady. Znajdujemy nocleg na Trollvegen Camping.

W Norwegii warto nocować na kempingach w takich drewnianych domkach ze względu m.in. na ich cenę, która jest nieporównywalnie niższa niż cena jakiegokolwiek hotelu, a warunki są często naprawdę bardzo dobre. Za 6-osobowy w pełni wyposażony domek- 2 pokoje na parterze + antresola do spania (na zdj. powyżej) zapłaciliśmy 720 koron.  Przy kempingu jest bardzo ładna trasa piesza wzdłuż rzeki.

Rano wyruszamy Drogą Trolli w kierunku Strynu. Nezwykłych emocji dostarcza jedna z głównych atrakcji Norwegii – Drabina Troli (Trollstigen) ze swoimi 11 serpentynami zakręcającymi pod kątem 180°. Nie po raz pierwszy doceniłam wówczas Jurkową umiejętność prowadzenia samochodu i jego zimną krew ( w ogóle fajny ten mój mąż)…

undefined

W połowie drogi znajduje się kamienny most przerzucony nad wodospadem Stigfossen.

Z Validal do Eisdal płyniemy promem (130 koron za samochód).

Dalej jedziemy Drogą Orłów, którą dojeżdżamy do miasteczka Geiranger położonego na końcu drugiej najwiekszej atrakcji turystycznej – Geiranger Fjord. Dowiadujemy się, o której odpływa nastepny prom wycieczkowy i z mapką okolicy (można ją otrzymać w informacji turystycznej na nabrzeżu) wyruszamy na półtora godzinną pieszą wędrówkę do wodospadu Storseterfossen.
Geiranger Fjord
wodospad Storseterfossen

Po powrocie ze spaceru wjechaliśmy na prom wycieczkowy z Geirangeru do Hellesyltu. Prom odchodzi co 1,5 godziny, family ticket kosztuje 450 koron. Cały prom opanowały wycieczki emerytów francuskich i japońskich pstrykajacych zdjęcia i karmiacych latające wokół promu mewy.

Widoki podczas rejsu rzeczywiście robią wrażenie. Uwagę szczególnie przyciągają wodospady – Siedem Sióstr, Welon Panny Młodej, Oświadczyny, Pijak – wpadające do szmaragdowo zielonej wody fiordu. Nie wiem co za geniusz wymyślał im nazwy…

Z Hellesyltu pojechaliśmy przez Stryn do Loen. Jest to teren Parku Narodowego Jostedalsbreen znanego z malowniczych jęzorów lodowych, podobno jednych z największych w Europie. Zatrzymaliśmy się na Sande Camping przepięknie położonym nad jeziorem Lovatnet (375 koron za domek 4 os. bez łazienki). Pani na recepcji okazała się bardzo miła i wypożyczyła nam za darmo różne akcesoria kuchenne.

Podjechaliśmy kawałek do szlaku prowadzącego do lodowca Bødalsbreen, który mimo że nie najbardziej ze wszystkich okazały, robi wrażenie. Można wybrać się też na przechadzkę po samym lodowcu, ale jest to możliwe tylko z przewodnikiem. Warto wówczas mieć ciepłe ubranie i buty górskie. Na Sande Camping znajduje się punkt organizacji takich wycieczek. Na kempingu można też wypozyczyć łódkę lub kajak i popływać po jeziorze. Nam niestety nie dopisała pogoda.

Następnego dnia rano ruszyliśmy w kierunku Lom. Warto pojechać dłuższą i bardziej krętą drogą z Videsæter do Grotli. Nazywa się ona Gamle Strynefellsvegen i jest tylko okresowo otwierana. Po drodze najprawdziwsza zima w środku lata… Pełno narciarzy, chodzą wyciągi narciarskie w pobliżu Stryn Summer Ski Center. Po drodze zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Videfossen.
Po minięciu Lom wjechaliśmy w Sognefjellet. Droga prowadziła wysoko w górach w Jotunheimen National Park. Temeratura spadła nagle do 7 stopni i jakoś się nawet nie bardzo chciało wychodzić z samochodu. Ale krajobrazy były magiczne, czasem miało się wrażenie, że to jakaś inna planeta – brak roślinności, wszędzie śnieg, jeziora pod lodem…

A po zjechaniu do poziomu Lusterfjord znowu wczesne lato…
Zajechaliśmy do Sogndal, małego miasteczka nad fjordem, niestety okazało się, że przed 17:00 nie bardzo jest tam gdzie zjeść, bo wszystko jest zamknięte. Zaleźliśmy pizzerię Dolly Dimples w jakimś centrum handlowym. Podobno to najlepsza sieć w Norwegii, ale szału nie ma…
Ruszyliśmy w kierunku Borgund. Po drodze zaliczyliśmy dwa promy i dwa naprawdę długie tunele (208 koron za przejazd).
Znaleźliśmy nocleg u w domku nad rzeką (Bjørkum Gard) wynajętym od jakiejś pani mieszkającej niedaleko przy drodze z Lærdalsori do Borgund. Dom jest cudownie położony i niedrogi – 600 koron za dwa pokoje, kuchnie i łazienkę, w pełni wyposażony i umeblowany. Po rozpakowaniu ruszyliśmy do Borgund zobaczyć kościół klepkowy – stavkirke (wejście 65 koron). Kościółek jest przepiękny, otoczony cmentarzem.
Kościół ten wzniesiono krótko przed rokiem 1150 i poświęcono Świętemu Andrzejowi. Jest to jeden z najlepiej zachowanych kościołów i nie był nigdy przebudowywany ani rozbudowywany od momentu wzniesienia.
Na ścianach kościoła znajduje się kilka napisów runicznych. Dwa z tych napisów datuje się na 2 poł. XII wieku:
1.”Thorir rzeźbil te runy w przeddzień dnia Świętego Olafa. Norny stworzyły dobro i zło. Dla mnie przeznaczyły wielkie zmartwienia .”
2.”Ave Maria”
Warty uwagi jest również budynek muzeum.

a to ten domek nad rzeką

Następnego dnia ruszyliśmy do Aurland Drogą Śnieżną (Snovegen). Okazała się ona mniej śnieżna niż Sognefjellet, ale i tak ładna. Można zamiast niej przejechać najdłuższym na świecie tunelem – długości 24,5 km. Droga śnieżna jest napewno bardziej malownicza i bezpłatna…. Choć otwarta tylko latem.


Jakoś pod koniec Drogi Śnieżnej przed Aurland znajduje się piękny punkt widokowy Stegastein na Aurlandsfjord. I to nie tyle widok jest niezwykły, co sama platforma.

A potem dojechaliśmy do Bergen, które było niegdyś stolicą Norwegii, a obecnie jest drugim co do wielkości miastem. Nazywane jest “bramą do fiordow”. Występuje tu największa na świecie amplituda opadów. Padało przez cały nasz krótki pobyt w Bergen przez co nie udało nam się go zwiedzić. Odwiedziliśmy tylko targ rybny i przeszlismy się kawałek po położonej nad zatoką zabytkowej dzielnicy Bryggen – wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Do Bergen warto jeszcze kiedyś wrócić…
Nocleg znaleźliśmy pod Bergen na Bartland Camping (790 koron za domek z 2 sypialniami, salonem z aneksem kuch. i łazienką). Dużo przyjemniejszy i ładniej położony jest Lone Camping, ale tam już nie było wolnych domków. Jureczek przyrządził pyszną rybę na obiad, bo ten mój mąż ma wiele talentów…

Z Bergen ruszyliśmy do Heddal, gdzie stoi największy kościół typu stavkirke w Norwegii. Datuje się go na 1242 rok.

Zajechaliśmy też do Rjukan – miasteczka słynnego z produkcji ciężkiej wody wykorzystywanej do bomb atomowych. Planowaliśmy poświęcić dzień na zdobycie góry Gausta, jednak pogoda pokrzyzowała nam plany. Ze względu na ciągle padający deszcze i złe prognozy zmieniliśmy plany i ruszylismy w kierunku morza.
Wypogodziło się dopiero gdy dojeżdżaliśmy do wybrzeża. W miejscowości Risør wynajęliśmy taksówkę wodną, która zabrała nas na wyspę Lyngør (60 koron/os. w obie strony). Umówiliśmy się z taksówkarzem, że za 1,5 godziny zabierze nas z powrotem. Lyngør, znany z tego, że dostał nagrodę w którymśtam roku dla najczystszego miasta, jest naprawdę bardzo malowniczy. Przypomina nieco miasteczka śródziemnomorskie, tylko domy mają strome dachy. Jest to wyspa pachnąca różami. Nie ma na niej ruchu samochodowego. Właściwie jest tam jedna ścieżka wzdłuż całej wyspy, przy której rozstawione są białe domki mieszkańców. I jak to już w Norwegii bywa, miasteczko wydawało się zupełnie bezludne….

A potem już było Oslo….
Nocleg znaleźliśmy na Bogstad Camping w okropnym śmierdzącym domku w dodatku najdroższym, w jakim zdarzyło nam się mieszkać – 925 koron za 1 pokój bez łazienki. W recepcji dostępny jest fajny folder z campingami na terenie całej Norwegii.
I coby nie siedzieć w tym okropnym miejscu, ruszyliśmy do Oslo…
Tam przeszliśmy się Karl Johan Gate i zwiedziliśmy nowowybudowany budynek Opery. Akurat trwał Gay Pride Week i na dachu opery odbywały się jakieś imprezy.

Następnego dnia zwiedzanie rozpoczęlismy od Parku Vigelanda, w którym zgromadzono prawie 200 granitowych i wykonanych z brązu prac rzeźbiarza Gustava Vigelanda.

Odwiedziliśmy też Muzeum Łodzi Wikingów na wyspie Bydgøy.

Na koniec zostawilismy sobie spacer po dzielnicy Aker Brygge. Jest to nowoczesna dzielnica portowa wybudowana na miejscu dawnej stoczni.

Następnego dnia wyruszyliśmy do Karlskrony skąd o 21:00 mieliśmy prom do Gdyni. Po drodze zatrzymaliśmy się w Ljungby w Szwecji, bo niby tam miało być fajnie , ale nie było…
A po powrocie do Polski zdziwiłam się, że tu tak strasznie szybko i niebezpiecznie jeżdżą.
Odniosłam wrażenie, że w Norwegii jakoś czas wolniej płynie, chyba ludzie sie tak nie spieszą, bardziej cieszą się życiem i są bardziej wyluzowani.

14-22 czerwca 2008