No i troszkę Wiednia
10/06/2010
Podroz do Delhi minela nam szybko, bo tym razem rzeczywiscie dalo sie spac w autobusie. Siedzenia byly wygodne, rozkladaly sie (mimo ze w ostatnim rzedzie), nie bylo pijanego biletera i byla klima.
Do Delhi dotarlismy kolo 8 rano. Wysadzili nas nie wiem gdzie. Od razu pojawil sie jakis taksowkarz, ktory za przetransportowanie nas na Main Bazar chcial 700Rs za cala taksowke. Zaczelam go wypytywac, jak to mozliwe, ze za taki krotki dystans chce 700Rs, a z lotniska na Main Bazar placi sie 300Rs. Schodzil coraz bardziej. Ale na szczescie na rogu ulicy Jurek zauwazyl pre-paid taxi, ale takie obslugujace transport motorikszami. I w ten sposob za przejazd na Main Bazar zaplacilismy 60 Rs/2 osoby ![]()
Dotarlismy do Raj’s Cozy Inn, gdzie tym razem dostalismy pokoje z klima. Temperatura w Delhi nie byla juz taka masakryczna jak zaraz po przyjezdzie z Polski. Tzn. bylo kolo 43 stopni. Ciagle goraco.
Mielismy w planach troche pozwiedzac, ale podczas sniadania stwierdzilismy, ze temperatura nie jest ku temu zbyt odpowiednia. O 11:00 slonce palilo skore zywym ogniem. Nie mielismy sil na nic. Wiec poszlismy do kina. Znalezlismy jakies wypasione kino przy Connaught Place, w ktorym grali filmy po angielsku i obejrzelismy, co akurat bylo - “Prince of Persia”. Milo bylo posiedziec w klimie….
A potem to juz tylko do hotelu, prysznic i na lotnisko. A na lotnisku okazalo sie, ze cos nam sie pomylilo i nasz samolot odlatuje 2 godziny pozniej niz nam sie wydawalo. A na lotnisko wpuszczaja dopiero na 3 godziny przed odlotem. Na szczescie naprzeciwko jest poczekalnia. Bilety sprawdzaja wszedzie, gdzie sie tylko da (przy wejsciu na lotnisko, wejsciu do poczekalni…).
Wylecielismy ok. 2:40 czasu hinduskiego. W Wiedniu bylismy kolo 7 rano czasu naszego.
A samolot do Warszawy byl dopiero o 17:40, wiec mielismy do spedzenia w Wiedniu wlasciwie caly dzien.
Jest super extra kolejka z lotniska do centrum Wiednia (zatrzymuje sie przy Stadtpark), ktora jedzie tylko 16 minut. Bilet w obie strony 18Euro/os. Chyba najlepsze polaczenie lotniska z centrum miasta, jakie znamy.
Akurat przyszla do Europy fala upalow, wiec wiekszosc czasu spedzilismy w parkach, wylegujac sie na trawie.
Mila to byla odmiana po Delhi…
06/06/2010
Do Mc Leod dotarlismy ok. 6:30. Bileter zdazyl juz wytrzezwiec, bez szemrania za free otworzyl nam bagaznik….
Olgi byla bardzo slaba. Jurek wzial jej plecak. Ruszylismy w gore do centrum. Wiekszosc hoteli byla zamknieta, Hotel Green, ktory sobie upatrzylismy (i w ktorym teraz siedze i Wam to pisze tez:) ), wiec wyladowalismy tuz obok w Hotelu Yellow ![]()
Niestety pokoje mialy byc zwolnione dopiero kolo 12:00, ale pani z recepcji dala nam jakies zastepcze dwie trojki w piwnicy, gdzie od razu zasnelismy. Kolo poludnia przenieslismy sie na pietro do wlasciwych pokoi (jak za 500Rs byly takie sobie, ale nie chcialo nam sie szukac nic innego, a w Hotelu Green ceny byly z kosmosu).
widok z hotelu Yellow na Mc Leod
Ja i Jurek mielismy coraz wieksze problemy z zoladkiem. Bodzio tez sie slabo czul. Tylko Bogusi nic nie trafilo (podejrzewamy, ze to alkohol tak jej sluzy:) ). Wydaje mi sie, ze zatrulismy sie woda z kranu w hotelu w Manali, bo wg mnie woda smierdziala, ale nikt oprocz mnie tego nie zauwazyl, wiec sie nie upieram.
Poszlismy na sniadanie do jakiejs hindu-rosyjskiej knajpki, ale ja ograniczylam sie tylko do Coli i potem od razu do pokoju. Pozycja horyzontalna przy zatruciu jest jednak najprzyjemniejsza….
Potem poszlismy na obiad do Shangri La - restauracji prowadzonej przez mnichow, ktorzy czesc z zarobionej kasy przeznaczaja na edukacje innych mnichow. My dostalismy nasze zamowienie (nie bylam w stanie przelknac nic innego niz frytki), a o Bodziach zamowieniu jakos zapomnieli. Mnich byl lekko roztargniony… Ale w koncu dostali… pizze…i ponoc byla bardzo dobra.
Po obiedzie poszlismy spac i spalismy az do rana nastepnego dnia….
07/06/2010
Nie wiem, jak dlugo spalismy, ale rano niestety dalej sie zle czulam. Bylam strasznie slaba. Poszlismy wiec na sniadanie, ale w knajpie zabraklo pradu i nasze zamowienie na gofry nie moglo byc zrealizowane Podjedlismy troche owocow i znowu do pokoju do mojej ulubionej ostatnio pozycji horyzontalnej. Dopiero gdy po obiedzie poczulam sie lepiej, poszlismy na zwiedzanie.
Mc Leod jest siedziba rzadu tybetanskiego na uchodzstwie i tu tez mieszka XIV Dalajlama (od roku 1959 kiedy zmuszony byl uciekac z Tybetu po krwawo stlumionym przez Chinczykow powstaniu, w ktorym zginelo 87tys. Tybetanczykow). Za Dalajlama przybylo tu ponad 80tys. Tybetanczykow.
W kazdej knajpce wisi portret Dalajlamy, wszedzie widac flagi modlitewne, flagi, nalepki i inne gadzety Free Tybet, wyswietlane sa filmy o historii okupacji Tybetu przez Chinczykow. Wyjatkowo duzo tu obcokrajowcow. Powodem moze byc niezliczona ilosc kursow jogi, reiki, kuchni i jezyka tybetanskiego, medytacji, malowania thanek itp.
Najwieksza atrakcja w miescie jest Tsuglagkhang Complex, w sklad ktorego wchodzi rezydencja Dalajlamy, meski klasztor i dwie swiatynie. Najwazniejsza swiatynia jest Kaplica Centralna z trzema zlotymi posagami Buddy, ktora zastepuje swiatynie Jokhang w Lhasie, ktora z kolei jest najwazniejsza buddyjska swiatynia Tybetanczykow. Druga jest Kalaczakra Temple ozdobiona kolem czasu. W obu pod posagami Buddow rozlozone sa pudelka z ciasteczkami, miodem i innymi slodkosciami:)
Sam budynek obu swiatyn nie robi wrazenia, odnosi sie wrazenie, ze to nie zewnetrzna powloka jest tu najwazniejsza (zupelnie odwrotnie niz w swiatyniach chrzescijanskich, ktore od czasow sredniowiecza mily zadziwiac swoim pieknem i wielkoscia, aby ludzie w nich przebywajacy czuli sie mali i slabi wobec potegi Kosciola). Wokol na dziedzincu widac troche ludzi pograzonych w modlitwie. Obok jest muzeum poswiecone historii Tybetu, niestety dzis zamkniete, moze wrocimy tu jutro. Troche zaczelo padac…
Poszwendalismy sie troche po miescie, wlasciwie sa tu dwie tylko uliczki oblepione knajpkami, hotelami, sklepami i straganami. Wieczorem zaprosilismy wszystkich do nas na karty. Olgi przeszly problemy z zoladkiem, ale dostala jakiejs wysypki. Kolo polnocy tak sie jej pogorszylo, ze bala sie, ze moze sie udusic. Wyladowala wiec w szpitalu, gdzie dostala zastrzyk. Rano na szczescie czula sie juz dobrze.
08/06/2010
Pogoda od rana jest paskudna, ciagle pada, zaczynamy tesknic za Delhi… kto by pomyslal…
Ale za to duzo czytamy… Jurek z Bodziem poszli pograc w PlayStation :), ja tu siedze i pisze, a Bogusia miala poczytac, ale pewnie spi. I tak nam powoli czas plynie… Mamy jeszcze w planach zwiedzanie, ale wszystko zalezy od pogody.
Wlasnie sprawdzilam pogode w piatek w Warszawie
34 stopnie…to mi sie podoba…do takiej Polski to az milo bedzie wrocic…
Wieczorem zrobilo sie pieknie. Wyszlo slonce, a po deszczu powietrze bylo niezwykle przejrzyste. Poszlismy wiec na spacer do pobliskiej wioski Baksunath oddalonej od Mc Leod o 2km. Znajduje sie tam swiatynia, a obok niej basen na swiezym powietrzu. Ale kapia sie tylko mezczyzni.
Za swiatynia jest sciezka prowadzaca w gore do watpliwej pieknosci wodospadu. Warto natomiast zboczyc z tej sciezki w lewo w gore, w kierunku Shiva Cafe. Mozna sie troche zzipac, ale miejsce jest niezwykle klimatyczne - niewielka kawiarenka obrosnieta jakims pnacym sie kwieciem. Wokol wsrod drzew roznorakie wytwory sztuki….
Chlopak z knajpki zapraszal na jam session na 7:30 i afterparty. Ale mielismy inne plany… Zrobilismy sobie swoja imprezke w pokoju, ktora o 23:00 rozpedzil recepcjonista….:)
09/06/2010
Rano czulismy sie fatalnie, nasze zoladki byly w oplakanym stanie. Mi na szczescie szybko przeszlo, ale Jurek, jak sie pozniej okaze, mial sie z tym meczyc jeszcze pare dni.
Spakowalismy sie i ok. poludnia zostawilismy plecaki na recepcji.
Poszlismy do Muzeum Historii Tybetu, ktore zlokalizowane jest w Tsuglagkhang Complex (5Rs/os). Potem siedzielismy kilka godzin w restauracji Hotelu Green czekajac na wieczor, kiedy to odjezadzal nasz autobus nocny do Delhi. Na ktory zreszta udalo nam sie kupic 4 ostatnie bilety…
Autobus odjezdzal o 19:00. Poczatkowo nie potrafilismy zlokalizowac, skad on w ogole odjezdza. Miejscowi podawali sprzeczne informacje. W koncu przyjechal. Jak na najwyzszy standard, czyli volvo, troche za bardzo przypominal zwykly polski autobus, ale nam i tak bylo wygodnie… Mc Leod pozegnalo nas burza z piorunami.